top of page

Prasa również nie pozostaje bierna

Zaktualizowano: 4 dni temu

Piątego lipca minęło dziesięć lat od wyroku, którego rocznicy w Kłomnicach raczej nie uczczono salutem armatnim. Jeśli odbyła się uroczysta akademia, odsłonięcie tablicy albo choć skromne wręczenie przepiórczego jajka na aksamitnej poduszce — ominęły one uwagę redakcji. A szkoda. Jeden z ciekawszych wyroków o wolności prasy ma bowiem zaskakująco kłomnicki adres.


Rocznica bez orkiestry

Wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie Ziembiński przeciwko Polsce (nr 2) zapadł 5 lipca 2016 roku. Numer drugi nie jest ozdobnikiem dodanym po to, aby sprawa wyglądała poważniej. Maciej Ziembiński już wcześniej prowadził przed Trybunałem inny spór dotyczący wolności wypowiedzi. Strasburg znał więc jego nazwisko, zanim na wokandę trafiły przepiórki, urzędnicy i łajno — elegancko opakowane, rzecz jasna.


W samym wyroku Trybunał przedstawił skarżącego jako urodzonego w 1944 roku mieszkańca Kłomnic, właściciela i redaktora naczelnego lokalnego tygodnika „Komu i Czemu”. To jedno zdanie zmienia perspektywę. Nie opowiadamy o wielkim koncernie medialnym z warszawskim biurowcem, całym piętrem prawników i ekspresem do kawy droższym od budżetu niejednego sołectwa. Opowiadamy o lokalnym redaktorze piszącym o miejscowych władzach pobliskiego Radomska. O prasie takiej, którą bohater artykułu może spotkać następnego dnia na ulicy, w sklepie albo — co bywa jeszcze bardziej dotkliwe — u wspólnych znajomych.


Wolność prasy najłatwiej podziwiać z bezpiecznej odległości. Pięknie prezentuje się w Konstytucji, elegancko brzmi w przemówieniach i dobrze wygląda w okolicznościowych wpisach publikowanych przez urzędy. Trochę gorzej, gdy korzysta z niej redaktor z sąsiedniej miejscowości i zaczyna zadawać pytania o konkretny pomysł, konkretne pieniądze oraz konkretnych urzędników. Wtedy wolność słowa z wartości uroczystej przeobraża się niekiedy w wartość uciążliwą. Nadal konstytucyjną, ale zdecydowanie mniej dekoracyjną.



Przepiórka jako instrument polityki gospodarczej

Historia, która trafiła do Strasburga, zaczęła się od koncepcji rozwijania hodowli przepiórek jako sposobu walki z bezrobociem na wsi. Sam pomysł miał poparcie lokalnych urzędników. Gdyby zakończyło się na suchej tabeli, harmonogramie i kilku pieczątkach, prawdopodobnie nikt poza archiwistą nie pamiętałby dziś o całej sprawie. Los chciał jednak inaczej: do projektu wkroczyła lokalna prasa, a wraz z nią sarkazm.


Ziembiński nie odpowiedział językiem sprawozdania z realizacji zadania publicznego. Opublikował satyryczny artykuł pod tytułem „Łajno – elegancko opakowane”. Pisał o wizjach, według których przepiórcze jajka miały nie tylko ratować wiejskie zatrudnienie, ale wręcz sprowadzać do Radomska pielgrzymki panów zainteresowanych ich rzekomymi właściwościami. Gospodarczy program powiatu został więc opisany nie jak uchwała, lecz jak lokalna wersja objawienia. Zamiast góry pojawiła się ferma, zamiast tablic kamiennych — jajka, a zamiast proroka — urzędniczy marketing.


Autor nie poprzestał na żartach z projektu. Użył określeń, które redakcyjny korektor zapewne zakreśliłby dziś kilkoma kolorami: „pozer”, „nierozgarnięci szefowie”, „palant” oraz „przygłupawy urzędnik”. Zrobiło się zatem ostro. Nie „stanowczo”, nie „krytycznie”, nie „z troską pochylając się nad problemem”. Ostro — tak, jak lokalna polemika bywa ostra wtedy, gdy wszyscy wiedzą, o kim mowa, nawet jeżeli nazwisko nie pada.


Czy były to słowa eleganckie? Nie. Czy nadawały się na gminną akademię z okazji święta samorządu? Również nie. Czy ich brak pozbawiłby artykuł sensu? Zapewne nie. Problem prawny polegał jednak na czymś innym: czy sąd może wyciąć te słowa z tekstu, ułożyć je równym rządkiem jak dowody rzeczowe i osądzić bez uwzględnienia satyry, sporu, tematu oraz zachowania uczestników debaty.


Dziesięć tysięcy złotych za kilka słów

Starosta powiatu radomszczańskiego oraz dwaj urzędnicy wnieśli prywatny akt oskarżenia. Początkowo zarzucali redaktorowi zniesławienie za pomocą środków masowego komunikowania. Sąd krajowy uznał ostatecznie, że sporne słowa nie tyle poniżały oskarżycieli w opinii publicznej, ile godziły w ich poczucie godności. Ziembiński został skazany za zniewagę popełnioną za pomocą środków masowego komunikowania i ukarany grzywną w wysokości 10 tysięcy złotych. Doszły do tego koszty postępowania.


Dziesięć tysięcy złotych w 2006 roku nie było symboliczną monetą wrzuconą do skarbonki wymiaru sprawiedliwości. Dla lokalnego wydawcy była to sankcja zdolna skutecznie nauczyć ostrożności — także przed następnymi publikacjami. Po takim wyroku redaktor może oczywiście nadal korzystać z wolności słowa. Podobnie człowiek stojący na cienkim lodzie może nadal swobodnie spacerować. Pytanie tylko, jak długo i w którym kierunku.


Sąd odwoławczy utrzymał rozstrzygnięcie. Polski wymiar sprawiedliwości uznał zatem, że granica została przekroczona. Ziembiński nie pozostał bierny. Sprawa powędrowała dalej — aż do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Droga z Kłomnic do Strasburga liczy ponad tysiąc kilometrów, ale w sprawach wolności słowa bywa krótsza niż droga od urzędowego zapewnienia o poszanowaniu prasy do rzeczywistego znoszenia jej krytyki.


Strasburg czyta cały artykuł

Trybunał rozpoczął od rzeczy podstawowej: artykuł dotyczył sposobu wykonywania funkcji przez lokalnych urzędników i sprawy pozostającej w uzasadnionym zainteresowaniu publicznym. Nie był opisem ich życia rodzinnego, gustu muzycznego ani zawartości lodówki. Dotyczył pomysłu przedstawianego jako odpowiedź na lokalne bezrobocie — a więc działania władzy i wydawania publicznego autorytetu na określoną koncepcję.


Granice krytyki wobec polityków są szersze niż wobec osób prywatnych. Urzędnicy również muszą znosić więcej, gdy krytyka odnosi się do ich działań służbowych, chociaż Trybunał zaznaczył, że ich pozycja nie jest identyczna z pozycją polityków. To ważne rozróżnienie. Europejski standard nie głosi, że po przekroczeniu progu urzędu człowiek składa wraz z wnioskiem kadrowym godność osobistą i otrzymuje ją z powrotem dopiero ze świadectwem pracy. Głosi natomiast, że wykonywanie władzy albo zadań publicznych podlega surowszej kontroli społecznej.


Trybunał przypomniał też, że uczestnicy debaty w sprawach publicznych mogą posługiwać się pewnym stopniem przesady, prowokacji i nieumiarkowania. Satyra ze swej natury wyolbrzymia, deformuje oraz drażni. Gdyby każda satyra musiała być wyważona jak apteczna receptura, pozostałby z niej komunikat prasowy z dowcipem zatwierdzonym przez referat organizacyjny.


Najważniejszy błąd polskich sądów polegał, zdaniem większości Trybunału, na niedostatecznym uwzględnieniu satyrycznego charakteru tekstu i jego ironii. Sporne określenia trzeba było ocenić w kontekście całego artykułu. Strasburg nie urządził plebiscytu na najładniejsze słowo roku. Zbadał funkcję wypowiedzi w debacie publicznej oraz proporcjonalność kary. Większością pięciu głosów do dwóch orzekł, że doszło do naruszenia art. 10 Konwencji.


Polska miała zwrócić redaktorowi kwoty pozostające w bezpośrednim związku ze skazaniem oraz wypłacić zadośćuczynienie. Ważniejszy od pieniędzy był jednak standard: ostrych słów użytych w satyrze o urzędnikach nie wolno badać tak, jakby każde z nich stanowiło osobny artykuł, pozbawiony tytułu, tematu i reszty zdań.


Czy Strasburg zalegalizował „palanta”?

Nie. I warto powiedzieć to wyraźnie, zanim ktoś wydrukuje wyrok, złoży go na cztery i zacznie nosić w portfelu jako europejską licencję na obrażanie bliźnich. Orzeczenie nie ustanowiło prawa do nazywania dowolnego urzędnika dowolnym słowem. Wolność wypowiedzi nadal łączy się z obowiązkami, odpowiedzialnością, ochroną dobrego imienia oraz koniecznością zachowania dziennikarskiej staranności.


W sprawie zapadła zresztą obszerna opinia odrębna dwóch sędziów, którzy nie zgodzili się z większością. Podkreślali, że sarkazm i ironia należą do dziennikarskiej wolności, ale nie każde obraźliwe określenie automatycznie uzyskuje ochronę tylko dlatego, że zostało umieszczone w satyrze. To zastrzeżenie jest rozsądne. Gatunek literacki nie działa jak woda święcona: samo pokropienie tekstu słowem „felieton” nie oczyszcza wszystkich zdań z odpowiedzialności.


Orzeczenie jest ważne właśnie dlatego, że nie daje prostego automatu. Każe ważyć: kto został skrytykowany, czego dotyczyła krytyka, jaki miała cel, na jakiej podstawie faktycznej się opierała, jaki był gatunek tekstu, jaką rolę pełniły sporne określenia i czy sankcja była rzeczywiście konieczna. Dla urzędu byłoby zapewne wygodniej, gdyby istniał formularz z dwiema rubrykami: „pochwała — dozwolona” i „krytyka — szkalowanie”. Europejskie prawo jest w tej sprawie odrobinę bardziej skomplikowane.


Dobre imię nie jest prawem do dobrej prasy

Każdy człowiek ma prawo do ochrony czci, dobrego imienia i życia prywatnego. Urzędnik nie przestaje być człowiekiem po otrzymaniu służbowej pieczątki. Dyrektor publicznej instytucji, wójt, starosta, naczelnik czy nauczyciel nie są figurami z urzędowego herbu, w które wolno rzucać wszystkim, co akurat znajduje się pod ręką.


Z drugiej strony dobre imię osoby wykonującej zadania publiczne nie oznacza prawa do otrzymywania wyłącznie dobrej prasy. Nie istnieje dobro osobiste pod nazwą „wolność od przykrych pytań”. Nie istnieje także konstytucyjne prawo do takiego opisu własnych działań, jaki zainteresowany sam najchętniej zamieściłby w biuletynie. Prasa ma informować, kontrolować, oceniać i — gdy wymaga tego forma — posługiwać się ironią. Czasem nawet taką, której urząd nie udostępniłby na swoim profilu społecznościowym.


Słowo „szkalowanie” robi w publicznych sporach zawrotną karierę. Jest użyteczne, ponieważ pozwala ominąć nudną część rozmowy: wskazanie konkretnego zdania, konkretnej nieprawdy i konkretnego dobra, które miało zostać naruszone. Krytyka nie staje się jednak szkalowaniem dlatego, że jej adresat tak ją nazwał. Tak samo pochwała nie staje się prawdą tylko dlatego, że wydrukowano ją na papierze firmowym.


Najlepszą ochroną dobrego imienia instytucji publicznej nie jest zatem cisza wokół jej działalności. Jest nią działalność, której można bronić dokumentami, faktami i rzeczową odpowiedzią. Jeżeli krytyka jest błędna — należy wskazać błąd. Jeżeli informacja jest nieprawdziwa — należy ją sprostować. Jeżeli ocena jest niesprawiedliwa — trzeba pokazać fakty, które ją podważają. Samo oburzenie pozostaje emocją, nie dowodem.


Wolność prasy z kłomnickim adresem

Najbardziej niezwykłe w całej historii jest to, jak bardzo pozostaje ona lokalna. Spór dotyczył pomysłu władz pobliskiego powiatu radomszczańskiego. Toczył się na łamach miejscowego tygodnika. Jego autor mieszkał w Kłomnicach. Nie trzeba więc szukać przykładów wyłącznie w Londynie, Paryżu czy redakcjach wielkich dzienników. Europejski standard wolności słowa wyrastał również z prasowych sporów naszego regionu.


Można powiedzieć — świadomie używając felietonowej przesady — że część polskiej wolności prasowej narodziła się w Kłomnicach. Oczywiście wolność prasy istniała wcześniej, a art. 10 Konwencji nie został dopisany na odwrocie kłomnickiego rozkładu jazdy. Jednak to mieszkaniec tej miejscowości doprowadził do rozstrzygnięcia, które dziś przypomina prawnikom, redaktorom i urzędnikom, że miejscowa władza także podlega ostrej, satyrycznej kontroli.


Nie była to wolność elegancka. Pachniała raczej fermą przepiórek niż biblioteką prawniczą. Posługiwała się słowami, których nie proponujemy umieszczać w urzędowych życzeniach świątecznych. Była jednak wolnością żywą: zaczepną, emocjonalną, niepokorną i skierowaną ku sprawie publicznej. Właśnie taką wolność najłatwiej ograniczyć pod hasłem ochrony powagi urzędu — i właśnie dlatego wymaga ona ochrony szczególnej.


Ziembiński nie wygrał dlatego, że każde jego słowo było piękne. Wygrał dlatego, że państwo, karząc dziennikarza, nie uwzględniło właściwie całego kontekstu wypowiedzi oraz szczególnej roli satyry w debacie o działaniach władzy. To różnica zasadnicza. Wolność słowa nie jest nagrodą przyznawaną wyłącznie wypowiedziom grzecznym, wyważonym i zatwierdzonym. Gdyby chroniła tylko takie wypowiedzi, właściwie nie byłaby potrzebna — one zazwyczaj nikomu wpływowemu nie przeszkadzają.


Prasa również nie pozostaje bierna

Dziesiąta rocznica wyroku minęła bez większego rozgłosu. Być może przepiórki miały inne obowiązki. Być może samorządowa pamięć historyczna obejmuje przede wszystkim wydarzenia, przy których można przeciąć wstęgę. Wyrok o prawie lokalnego redaktora do ostrej krytyki miejscowych urzędników jest pamiątką znacznie mniej wygodną. Nie daje się przybić do ściany tak, aby przestał zadawać pytania.


Warto jednak tę historię przypominać, ponieważ lokalna prasa jest najbardziej potrzebna właśnie tam, gdzie wszyscy się znają, zależności są bliskie, a krytyczna publikacja nie znika następnego dnia w ogólnokrajowym potoku wiadomości. W małej społeczności tekst pozostaje. Czytają go sąsiedzi, pracownicy instytucji, radni, rodzice, przedsiębiorcy i sami zainteresowani.


Maciej Ziembiński nie pozostał bierny po skazaniu. Poszedł do Strasburga i wygrał. Dziesięć lat później wyrok nadal przypomina, że satyrę należy czytać jako satyrę, krytykę władzy oceniać w jej pełnym kontekście, a sankcje wobec dziennikarzy stosować z wyjątkową ostrożnością. Przypomina też coś jeszcze: lokalność nie oznacza małości. Czasem sprawa zaczynająca się od przepiórczego jajka kończy się orzeczeniem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.


Polska wolność prasowa ma wielu ojców i wiele miejsc urodzenia. Jednym z nich są Kłomnice — miejscowość, z której droga lokalnego redaktora zaprowadziła aż do Strasburga. Wrócił z wyrokiem przypominającym władzom, że prasa nie została powołana po to, aby mówić o nich wyłącznie rzeczy przyjemne. Prasa bowiem również nie pozostaje bierna.


Fot. okładki: pixabay.com

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page