top of page

Panoptykon z pikseli

Zaktualizowano: 2 sie

,,Panoptykon z firanek" - Część Druga


Nie czytałeś pierwszej części?


Dawniej, aby dowiedzieć się, co dzieje się u sąsiada, należało wykazać się cierpliwością. Trzeba było znaleźć odpowiednią szczelinę między firankami, zająć dogodną pozycję i czekać, aż obserwowany zrobi coś wartego przekazania dalej. Wprawny obserwator potrafił z jednego samochodu zaparkowanego przed bramą, dwóch siatek wniesionych do domu i zgaszonego o nietypowej porze światła zbudować opowieść obejmującą romans, bankructwo oraz przygotowania do rodzinnej wojny o spadek.


Dziś cała ta mozolna praca straciła sens. Sąsiad sam fotografuje obiad, pokazuje salon, oznacza miejsce pobytu, przedstawia rodzinę, informuje o zakupie samochodu, a niekiedy nawet uprzejmie zawiadamia, że przez najbliższe dwa tygodnie jego dom będzie stał pusty. Postęp technologiczny uwolnił człowieka od wielu obowiązków. Między innymi od konieczności samodzielnego podglądania innych.


Opisany już wcześniej „Panoptykon z firanek” wcale nie zniknął. Firanki nadal lekko poruszają się w oknach, rozmowy przy płotach zachowują swoją wartość informacyjną, a lokalna poczta pantoflowa działa sprawniej od niejednej instytucji państwowej. Stary system obserwacji został jednak rozbudowany. Zyskał łącze internetowe, kolorowy ekran i możliwość przesyłania obrazu przez całą dobę. Obok panoptykonu z firanek wyrósł więc drugi — panoptykon z pikseli.


Dawniej człowiek obawiał się, że sąsiad zajrzy mu przez okno. Dzisiaj sam ustawia kamerę w salonie i dziwi się, że cała wieś komentuje wystrój.


W starym panoptykonie byliśmy przede wszystkim obserwowani. W nowym — ochoczo pomagamy obserwatorom. Robimy zdjęcia, nagrywamy filmy, oznaczamy miejsca i opisujemy swoje nastroje. Informujemy, gdzie mieszkamy, z kim przebywamy, dokąd chodzą nasze dzieci, co kupiliśmy, ile wydaliśmy, gdzie spędzamy urlop i dlaczego właśnie pokłóciliśmy się z połową rodziny. Niekiedy publikujemy także korespondencję z tą drugą połową, aby pierwsza mogła wyrobić sobie zdanie.


Zestaw informacji, którego zdobycie wymagało kiedyś zatrudnienia prywatnego detektywa, otrzymuje dziś bezpłatnie każdy „znajomy” z Facebooka — włącznie z człowiekiem, którego właściciel profilu ostatni raz widział piętnaście lat temu na szkolnym korytarzu i już wtedy specjalnie za nim nie przepadał.


Wielkie platformy internetowe są oczywiście oskarżane o zbieranie danych, śledzenie aktywności i naruszanie prywatności użytkowników. Słusznie. Trzeba jednak przyznać, że wiele osób usilnie stara się tym platformom pomagać. Algorytm nie musi niczego wykradać, skoro codziennie otrzymuje dokładny raport z życia użytkownika, opatrzony fotografiami, lokalizacją oraz listą obecnych przy nim osób. Gdyby dawniej funkcjonariusz prowadzący obserwację otrzymywał podobne materiały bezpośrednio od obserwowanego, prawdopodobnie uznałby to za prowokację.


Nie wszyscy wystawiają jednak swoje życie na widok publiczny wyłącznie z naiwności. Część robi to całkowicie świadomie, ponieważ życie przestało być tylko przeżywane — zaczęło być również prezentowane.


Nie wystarczy już pojechać na wakacje. Trzeba jeszcze pokazać lotnisko, skrzydło samolotu, hotelowy pokój, basen, drink oraz własne nogi skierowane w stronę morza. Nie wystarczy dostać kwiatów. Bukiet musi zostać sfotografowany, odpowiednio oświetlony i opatrzony zapewnieniem, że ma się u boku „najwspanialszego człowieka na świecie”. Nie wystarczy zjeść dobrego obiadu. Posiłek, który nie doczekał się fotografii, zaczyna przypominać wydarzenie bez protokołu — być może się odbył, ale trudno to udowodnić.

W ten sposób powstaje publiczne przedstawienie szczęścia. Każdy staje się jednocześnie aktorem, scenografem, reżyserem i rzecznikiem prasowym własnego życia. Pokazuje sukcesy, ale starannie usuwa z kadru bałagan. Fotografuje uśmiechy, choć chwilę wcześniej trwała awantura. Ogłasza spełnienie, nawet jeżeli głównym źródłem owego spełnienia pozostaje możliwość wywołania zazdrości u innych.

Publiczność zaś patrzy.


Jedni szczerze gratulują. Inni porównują pokazane życie z własnym. Jeszcze inni odkładają telefon z poczuciem, że wszyscy dookoła są szczęśliwsi, bogatsi, piękniejsi i odpoczywają w miejscach, których nazwy trudno poprawnie wymówić. Jest też grupa najbardziej cierpliwa — ci, którzy przez miesiące obserwują spektakl sukcesu, oczekując na pierwszy akt katastrofy.


Na prowincji przedstawienie to zyskuje szczególny charakter. Tutaj internetowa kreacja zderza się bowiem z wiedzą ludzi, którzy znają sytuację zza kulis. Ktoś publikuje zdjęcia idealnego małżeństwa, chociaż pół ulicy słyszało wczorajszą awanturę. Ktoś prezentuje nowy samochód, choć sąsiad pamięta, że tydzień wcześniej pożyczał pieniądze. Ktoś ogłasza wielki zawodowy sukces, lecz w sklepie wiadomo już, że umowa obowiązuje tylko do końca miesiąca.


Mała społeczność nie tylko patrzy. Ona porównuje, zapamiętuje i cierpliwie archiwizuje niespójności. Internet niczego tutaj nie unieważnił. Przeciwnie — dostarczył nowych dowodów i pozwolił wracać do nich po latach.


Jeszcze osobną kategorię stanowią publikacje, przy których człowiek zaczyna zastanawiać się, czy instynkt samozachowawczy nie został przypadkiem usunięty podczas ostatniej aktualizacji systemu. Do internetu trafiają zdjęcia dokumentów, kart pokładowych, umów, wyników badań, tablic rejestracyjnych, szkolnych planów dzieci, korespondencji urzędowej oraz biletów wyposażonych w kody umożliwiające ich wykorzystanie. Ludzie pokazują wnętrza swoich domów, kosztowne przedmioty, rozkład pomieszczeń i zabezpieczenia posesji, po czym informują, że właśnie rozpoczęli trzytygodniowy urlop.


Niektórzy dla bezpieczeństwa zasłaniają palcem numer rejestracyjny samochodu, a następnie pozostawiają widoczny adres, nazwisko, numer dokumentu i połowę kodu kreskowego. Rozsądek wprawdzie się pojawił, ale najwyraźniej pracuje na część etatu.

Szczególnie niepokojące jest wystawianie na widok publiczny życia dzieci. Zanim młody człowiek nauczy się mówić, posiada już w internecie obszerną dokumentację narodzin, pierwszej kąpieli, chorób, urodzin, szkolnych występów i rodzinnych kompromitacji. Jego prywatność zostaje rozdana publiczności, zanim sam zdąży zrozumieć, czym ona właściwie jest. Rodzic tworzy cyfrową biografię dziecka, nie pytając, czy jej przyszły bohater będzie chciał ją odziedziczyć.


Prywatność nie została nam więc wyłącznie odebrana przez korporacje, instytucje i systemy nadzoru. W znacznej mierze sami z niej zrezygnowaliśmy — w zamian za uwagę, chwilowe uznanie, potwierdzenie własnego znaczenia albo kilka reakcji przedstawiających uniesiony kciuk.


Dawniej wnętrze domu stanowiło granicę. Za drzwiami kończyła się przestrzeń publiczna, a rozpoczynało życie należące wyłącznie do domowników. Dzisiaj sami urządzamy po nim oprowadzanie. Pokazujemy kuchnię, sypialnię, dziecięcy pokój, świąteczny stół i rodzinne konflikty. Granica między tym, co publiczne, a tym, co prywatne, nie została jedynie przesunięta. Została niemal całkowicie zatarta.


Wraz z prywatnością tracimy również część indywidualności. Media społecznościowe miały pozwolić każdemu wyrazić siebie, lecz coraz częściej sprawiają, że wszyscy wyrażają się w identyczny sposób. Fotografujemy te same potrawy, kwiaty, zachody słońca, kierownice samochodów, hotelowe śniadania i dzieci ustawione pierwszego września pod tą samą ścianą. Używamy podobnych filtrów, tych samych zwrotów i gotowych sposobów przeżywania kolejnych wydarzeń.


Człowiek powoli przestaje pytać, co naprawdę mu się podoba. Zaczyna natomiast zastanawiać się, co będzie dobrze wyglądało na zdjęciu. Nie wybiera już wyłącznie miejsca, posiłku czy ubrania — wybiera również przyszłą publikację. Zamiast przeżywać chwilę, obserwuje ją przez ekran, sprawdzając, czy nadaje się do pokazania innym.

Panoptykon z pikseli nie tylko wystawia nas na cudzy wzrok. Z czasem zaczyna podpowiadać, kim powinniśmy być, aby inni nadal chcieli patrzeć. Wymusza ciągłe potwierdzanie własnego istnienia: nowym zdjęciem, poglądem, sukcesem, podróżą albo przynajmniej efektownie podanym śniadaniem. Milczenie zaczyna wyglądać podejrzanie. Człowiek, który niczego nie publikuje, sprawia wrażenie, jakby niczego nie przeżywał.

A przecież może być dokładnie odwrotnie.


Być może właśnie ten, kto nie fotografuje każdego spotkania, naprawdę w nim uczestniczy. Ten, kto nie pokazuje każdego prezentu, potrafi się nim cieszyć bez publiczności. Ten, kto nie publikuje nieustannych zapewnień o szczęściu, nie potrzebuje codziennie przekonywać o nim siebie i innych. Prywatność nie jest pustką ani wstydliwą tajemnicą. Jest przestrzenią, w której człowiek może pozostać sobą, ponieważ nie musi niczego odgrywać.


„Panoptykon z firanek” nadal istnieje. Sąsiad wciąż patrzy, ocenia, pamięta i wyciąga wnioski. Tyle że dzisiaj nie musi już godzinami stać przy oknie. Może wygodnie usiąść w fotelu, wziąć do ręki smartfon i obejrzeć wszystko, co postanowiliśmy mu pokazać.


Firanki pozostały na swoich miejscach.

To my przenieśliśmy okna do kieszeni.


Fot. okładki: pixabay.com

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page