top of page

Jedenaste przykazanie

  • FG
  • 31 lip
  • 5 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 2 sie

Współczesna religijność porusza się między dwiema skrajnościami. Z jednej strony znajdują się ludzie, którzy własną wiarę najchętniej zamknęliby w piwnicy, przykryli starym kocem i wyciągali tylko wówczas, gdy nikt nie patrzy. Medalik chowają pod koszulą, znak krzyża wykonują z dyskrecją człowieka przekazującego łapówkę, a publiczne przyznanie się do Kościoła traktują jak poważne ryzyko wizerunkowe.


Z drugiej strony stoją ci, którzy swoją religijność noszą jak galowy mundur. Musi być widoczna, odpowiednio wyeksponowana i najlepiej dostrzeżona przez proboszcza. Nie wystarcza im wierzyć — otoczenie powinno jeszcze wiedzieć, że ma do czynienia z osobą szczególnie pobożną, dobrze zaznajomioną z parafią i pozostającą z miejscowym duchowieństwem w stosunkach niemal dyplomatycznych.


Jedni usunęliby wiarę całkowicie z przestrzeni publicznej. Drudzy najchętniej uczyniliby ze swojej obecności w kościele dowód, że mają rację także w sprawach, o których nie posiadają najmniejszego pojęcia.


Pomiędzy nimi istnieje jeszcze zwyczajna pobożność. Cicha, pozbawiona przedstawienia i niewymagająca ciągłego potwierdzania przez publiczność. Człowiek po prostu wierzy, modli się, uczestniczy w nabożeństwach, a następnie próbuje żyć tak, aby jego postępowanie nie stanowiło całkowitego zaprzeczenia słów wypowiadanych przed ołtarzem. Nie zawsze mu się to udaje, bo świętość nie jest stanem fabrycznym, lecz nieustanną pracą. Przynajmniej jednak wie, że powinien zaczynać od własnego sumienia.


Problem nie zaczyna się bowiem wtedy, gdy człowiek często chodzi do kościoła. Zaczyna się wtedy, gdy uznaje, że samo chodzenie zwalnia go już z obowiązku bycia przyzwoitym.

Szczególnym owocem takiego myślenia jest religijność pierwszej ławki. Nie chodzi oczywiście o sam mebel ani zajmowane miejsce. W pierwszym rzędzie może siedzieć człowiek głęboko wierzący, a w ostatnim skończony drań — i odwrotnie. Pierwsza ławka jest tutaj symbolem pobożności urządzonej na pokaz, której właściciel nie tylko zwraca się ku ołtarzowi, lecz także starannie sprawdza, czy pozostali widzą, jak bardzo jest zwrócony.


Bohater tego religijnego przedstawienia pojawia się odpowiednio wcześnie. Zajmuje stałe miejsce, układa ręce, przybiera nabożny wyraz twarzy i odpowiada nieco głośniej od reszty zgromadzonych. Zna godziny wszystkich nabożeństw, nazwiska ministrantów i kolejność ogłoszeń parafialnych. Wie, kto przyszedł, kto nie przyszedł, kto przyjął Komunię, kto stał pod chórem, a kto podczas kazania patrzył w telefon.


Kościół, który powinien sprzyjać rachunkowi własnego sumienia, staje się w ten sposób punktem obserwacyjnym cudzego życia.


Szczególne miejsce w tym systemie zajmuje proboszcz. W jego obecności następuje gwałtowny przypływ serdeczności. Jest więc „nasz kochany proboszcz”, są troskliwe pytania o zdrowie, pochwały kazania i zapewnienia, że „my zawsze za księdza się modlimy”. Gdyby pobożność mierzyć ciepłotą głosu podczas rozmowy z duchownym, niektóre parafie należałoby natychmiast ogłosić rezerwatami świętości.


Niestety ta chrześcijańska czułość nie zawsze rozciąga się na sąsiadkę, kuzynkę, przewodniczącą koła, członka stowarzyszenia ani kogokolwiek, kto miał nieszczęście posiadać własne zdanie. Wobec proboszcza — uśmiech, uniżoność i niemal dworska etykieta. Wobec człowieka, z którym pojawił się konflikt — bezwzględność godna trybunału działającego bez prawa do obrony.


Niektórzy traktują znajomość z proboszczem jak immunitet wydany przez niebo. Dokumentu wprawdzie nikt nie widział, ale jego domniemany posiadacz powołuje się na niego przy każdej okazji. Skoro rozmawia z księdzem, pomaga przy uroczystościach i zajmuje odpowiednio eksponowane miejsce, sam zaczyna uchodzić za człowieka moralnie pewnego. A skoro jest człowiekiem moralnie pewnym, to przecież wszystko, co mówi o innych, musi być prawdą.


Właśnie wtedy rozpoczyna się najważniejsze z parafialnych nabożeństw nieformalnych: litania do cudzych grzechów.


Plotka rzadko przedstawia się jako plotka. Byłoby to zbyt uczciwe. Najczęściej przychodzi przebrana za troskę, ostrzeżenie albo wezwanie do modlitwy.


„Ja nie chcę nikogo obmawiać, ale…”
„Nie wiem, czy to prawda, tylko słyszałam…”
„Mówię ci to wyłącznie dla Twojego dobra...”

Po takim wstępie można powiedzieć właściwie wszystko. Rozbić komuś małżeństwo, zakwestionować uczciwość, podważyć reputację, dopisać romans, chorobę psychiczną, alkoholizm albo defraudację pieniędzy. Najlepiej bez dowodów, ponieważ dowody mają tę niewygodną właściwość, że czasem nie potwierdzają historii.


Szczególną popularnością cieszy się formuła „ludzie mówią”. Ludzie są w tym przypadku bytem niezwykle użytecznym. Nie mają nazwisk, twarzy ani odpowiedzialności. Można przypisać im każdą opinię, a następnie własne oszczerstwo przedstawić jako neutralny komunikat o nastrojach społecznych.


Kiedy zaś kłamstwo wychodzi na jaw, okazuje się, że nikt go właściwie nie stworzył. Jedna osoba jedynie usłyszała. Druga nie twierdziła, że to prawda — tylko powtórzyła. Trzecia powiedziała wyłącznie kilku zaufanym osobom. Czwarta wspomniała o sprawie przez przypadek, kierując się oczywiście dobrem wspólnoty. Po dwóch dniach historię zna pół miejscowości, lecz nie sposób znaleźć człowieka, który wypowiedział ją jako pierwszy.


Plotka w małej społeczności przypomina parafialnego kota. Wszyscy ją dokarmiają, ale kiedy narobi na środku podwórka, nagle okazuje się, że nie należy do nikogo.


Największą przewagą pobożnego plotkarza jest posiadany kredyt zaufania. Człowiek obecny na każdej Mszy, stojący blisko parafii i chętnie powołujący się na zasady moralne wydaje się bardziej wiarygodny. „Ona by przecież czegoś takiego nie wymyśliła” — słyszymy. Jak gdyby regularne odmawianie różańca wyłączało biologiczną zdolność człowieka do kłamstwa.


Tymczasem religijna poza może być wyjątkowo skutecznym narzędziem przemocy. Oszczerstwo wypowiedziane przez osobę uchodzącą za pobożną otrzymuje dodatkową pieczęć wiarygodności. Zwykła złośliwość zaczyna przypominać moralne ostrzeżenie, prywatna zemsta — obronę wspólnoty, a zawiść — troskę o właściwe standardy.


Nie trzeba podnosić głosu ani używać wulgaryzmów. Wystarczy zatroskana mina, ściszony ton i odpowiednia liczba westchnień. Człowieka można skrzywdzić również głosem pełnym chrześcijańskiej miłości.


Ofiarą takiej pobożności zostaje zwykle ktoś, kto odstaje, sprzeciwia się albo nie uznaje nieformalnej hierarchii. Może to być społecznik, który zrobił coś bez zgody miejscowych strażników porządku. Kobieta, której życie rodzinne nie mieści się w oczekiwanym schemacie. Młody człowiek, który zadaje niewygodne pytania. Rodzina rzadziej pojawiająca się w kościele. Albo po prostu sąsiad, któremu zaczęło się nieco lepiej powodzić.


Zawiść bardzo chętnie wkłada religijny płaszcz. Dzięki temu człowiek nie musi przyznawać, że zazdrości. Może przekonywać siebie, że tylko „martwi się”, czy cudzy sukces został osiągnięty uczciwie. Nie musi uznać, że kogoś nie lubi. Wystarczy stwierdzić, że „z tym człowiekiem coś jest nie tak”. Nie musi przedstawiać faktów. Może przecież opierać się na powszechnej opinii ludzi, których nazwisk dla ich dobra nie ujawni.


Powstaje wówczas religijność skierowana całkowicie na zewnątrz. Jej zadaniem nie jest przemiana własnego życia, lecz kontrolowanie życia innych. Człowiek zna cudze grzechy, ale własne słabości traktuje jako nieistotne niedoskonałości charakteru. Doskonale pamięta, kto od lat żyje bez ślubu, lecz zapomina, ile razy sam skłamał od ostatniej spowiedzi. Oburza się na rozwody, stroje i nieobecności na niedzielnej Mszy, ale z niezwykłą swobodą niszczy cudze dobre imię.


Moralność staje się wtedy katalogiem wymagań przeznaczonych wyłącznie dla innych.

Największym paradoksem pozostaje stosunek takich ludzi do ósmego przykazania. „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu” powinno być jednym z najprostszych do zrozumienia. Nie wymaga znajomości teologii, łaciny ani historii Kościoła. Sens jest jasny: nie kłam o drugim człowieku, nie oskarżaj go fałszywie, nie niszcz jego dobrego imienia.


Mimo to przykazanie to bywa traktowane z zadziwiającą elastycznością. Widocznie oszczerstwo przestaje być oszczerstwem, jeśli wypowie się je po cichu. Plotka staje się dopuszczalna, jeżeli doda się, że nie wiadomo, czy jest prawdziwa.


Można odmawiać modlitwy, a przez resztę dnia produkować kłamstwa. Można klękać przed ołtarzem, a później podeptać cudze dobre imię. Można przyjmować Komunię i jeszcze przed opuszczeniem kościelnego placu wydać wyrok na człowieka, którego nie poproszono nawet o wyjaśnienie.


Nie oznacza to, że każda osoba praktykująca jest obłudnikiem ani że widoczna pobożność musi być udawana. Takie uproszczenie byłoby równie niesprawiedliwe jak zjawisko, które opisujemy. W kościelnych ławkach siedzi wielu ludzi uczciwych, cichych i rzeczywiście pracujących nad sobą. Nie rozliczają pozostałych z obecności, nie urządzają konkursu świętości i nie potrzebują codziennie przypominać, jak blisko są parafii.


Prawdziwa wiara nie wymaga pogardy dla tych, którzy wierzą inaczej, słabiej albo wcale. Nie potrzebuje także audytorium. Jej sprawdzian nie odbywa się wyłącznie podczas nabożeństwa, gdy wszystko sprzyja skupieniu, a odpowiednie gesty wykonuje całe zgromadzenie. Zaczyna się po wyjściu z kościoła — zwłaszcza w spotkaniu z człowiekiem, którego się nie lubi, któremu się czegoś zazdrości albo z którym pozostaje się w konflikcie.


Łatwo okazywać miłość bliźniemu, gdy bliźni siedzi kilka ławek dalej i nie zabiera głosu. Znacznie trudniej, kiedy ma odmienne zdanie, odnosi sukces albo odmawia podporządkowania się lokalnym układom.


I właśnie tam kończy się religijne przedstawienie, a zaczyna prawdziwy egzamin.


Dekalog zawiera dziesięć przykazań. W teorii powinno wystarczyć. Praktyka pokazuje jednak, że niektórzy dopisali do niego jeszcze jedno — przestrzegane z wyjątkową gorliwością, przekazywane z ust do ust i realizowane natychmiast po wyjściu z kościoła.


Przykazanie jedenaste:

Obrobisz d*pę bliźniemu swemu.


Fot. okładki: pixabay.com

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page